Urodzimy za Ciebie
Nie wiem dlaczego, ale pojęcie porodu zawsze kojarzyło mi się z przyjściem na świat maluszka siłami natury. Nie będąc jeszcze w ciąży, w zasadzie nawet jej nie planując, miałam właśnie takie wyobrażenie o zostaniu mamą. Poród poprzez cesarskie cięcie był dla mnie czymś abstrakcyjnym – SN w zasadzie też, co ja mogłam o tym wiedzieć, skoro widziałam go jedynie na klatkach serialu „Ostry dyżur”. Traktowałam CC jako rozwiązanie awaryjne w sytuacjach zagrażających życiu czy zdrowiu mamy i dziecka. Kiedy zaszłam w ciążę, oczywistym dla mnie było, że będę RODZIĆ. Bałam się jak cholera, ale wydawało mi się, że mnie to wszystko nie dotyczy, że mam jeszcze czas żeby się tym martwić i że na pewno nie jest tak źle jak wszyscy mówią ;). O tym, jak bardzo się myliłam przekonałam się po upływie 9 miesięcy od momentu pojawienia się dwóch kresek na teście ciążowym.
O ile sama ciąża przebiegała u mnie dość specyficznie przez co wywoływała lawiny stresu, o tyle temat samego porodu nie budził u mnie poczucia potrzeby większego zgłębiania wiedzy w temacie (zasługuję na kulkę w łepetynkę). Wiedziałam mniej więcej co mnie czeka po opowieściach przyjaciółek. Wiadomo, że każdy poród jest kwestią indywidualną, ale ogólnie zasady są te same… Nie zapisałam się do szkoły rodzenia, bo nie wstrzeliłam się w termin w mojej małej mieścinie. Nie czytałam książek tematycznych itp. Nie umiem teraz wyjaśnić tego stanu rzeczy, ale na prawdę miałam jakieś takie poczucie, że wszystko potoczy się tak jak należy. Na kilka tygodni przed porodem coś podkusiło mnie i zaczęłam oglądać serię dokumentów poświęconych pracy położnych w Wielkiej Brytanii, a mój strach wzrastał wraz z każdym odcinkiem. Oglądałam i płakałam, płakałam i oglądałam… Oczywiście ze wzruszenia, a nie ze strachu. Bałam się tylko o to, że w trakcie porodu coś – niezależnie ode mnie – pójdzie nie tak. Pytałam siebie wtedy – A może by tak CC? Jak porozmawiam z lekarzem, na pewno dojdziemy do porozumienia… Odpędzałam jednak szybko te myśli. Nie wnikałam tez jakie są wskazania do CC ani jaki jest sam przebieg tego typu porodu. Pamiętam, że sięgnęłam po jedną książkę poświęconą tematyce ciąży i porodu, a rozdział o CC przewertowałam w poszukiwaniu kolejnego… Co ja sobie myślałam? – pukam się dziś w głowę. Przecież powinnam wiedzieć cokolwiek, jakie są za, jakie przeciw itd. Nie wiedziałam, żyjąc w przekonaniu, że urodzę „sama” i po 2 dniach wyląduję w domu nowo narodzonym bobasem.
Mój brzuch żył swoim życiem :). Kolejne badania USG z tygodnia na tydzień pokazywały szacunkową masę bąbla. Czerwone światło zapaliło mi się kiedy ta wartość niebezpiecznie zbliżyła się do 4000 g, do 40. tygodnia zostało masę czasu, a mój lekarz prowadzący uchodził za takiego, który w tej kwestii pomylić się może o +/- 100 g. Przy mojej budowie, nie wróżyło to dobrze, ale nadal żyłam w przekonaniu, że dam radę… Propozycja porodu przez CC padła z ust dr – a raz, kiedy (o ile dobrze pamiętam) w 30. tygodniu mój mały M. nadal ustawiał się nogami do wyjścia. Na szczęście w 32. postanowił zrobić fikołka.
Kilka dni po terminie, zaczęło się. Miałam jeszcze wyznaczone KTG na ten dzień na 14.30. Nie byłam pewna czy to już, więc spokojnie pojechałam na badanie. Wykazało, że jeszcze „nie rodzę”, ale dr wysłuchał mnie, spojrzał na mnie i skierował mnie na szpital. Na szczęście, bo chciałam rodzić w placówce oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o prawie 60 km, a po godzinie od badania akcja rozhulała się na dobre. Poród przebiegał książkowo, maluch na USG w izbie przyjęć szacowany był na równe 4000 g. Zmierzono mi miednicę i oceniono, że dam radę, na co położna na sali zrobiła wielkie oczy, ale póki wszystko szło dobrze, nie padało hasło „cesarskie cięcie”. Doszło do skurczy partych, w pewnym momencie poczułam jak lewe biodro mi płonie. Po chwili zjawił się chirurg z obchodem, wykonał badanie i ocenił, że dziecko wstawia się na biodro. Powiedział, że robi się niebezpiecznie zarówno dla niego jak i dla mnie, bo dziecko jest duże, a ja drobna. Nie pamiętam nic więcej, bo byłam tak przerażona operacją, że chciałam dalej rodzić o własnych siłach. Zapytałam położną przyjmującą poród co o tym myśli ( cudowna pani, której chętnie jeszcze raz bym podziękowała ) i po krótkiej rozmowie zdecydowałam o cięciu. Czułam wtedy jakiś taki wielki smutek, że nie podołałam zadaniu. Dziś wiem, że niesłusznie i nie mam pojęcia skąd wówczas wzięły się we mnie takie myśli. Istotą macierzyństwa nie jest przecież to, w jaki sposób matka wyda na świat dziecko. Wtedy jednak miałam do siebie pretensje, że za słabo przygotowałam się do tego wielkiego dnia.
Później wszystko już działo się strasznie szybko, od momentu podjęcia decyzji o zabiegu, do chwili kiedy usłyszałam najpiękniejszy dźwięk na świecie – płacz MOJEGO DZIECKA – minęło około 30 minut. Zespół operacyjny był cudowny, panie widziały mój strach i starały się wyluzować atmosferę. Śmiałam się i płakałam na przemian. Hormony wzięły górę.
Chirurg na koniec zażartował No, to ma pani teraz piękny płaski brzuszek, a ja w to uwierzyłam. Kiedy ściągano mnie ze stołu operacyjnego miałam dziwne wrażenie, że widzę nie swoje nogi. Z wiadomych powodów nie czułam ich, ale nie wyglądały tak, jak w momencie kiedy przyszłam do szpitala. Zaaferowana tym, że M. jest już po drugiej stronie brzucha nie zastanawiałam się nad tym. Najgorsze było przede mną… cdn.
Jeśli wytrwaliście do końca, zapraszam na dalszą część w kolejnym poście.
K.
