Rogale Świętomarcińskie kojarzą się głównie z Wielkopolską, skąd też pochodzą, ale powiem Wam szczerze, że mi jeszcze do niedawna nie kojarzyły się z niczym (wstyd 😆). Tak było do czasu, aż kilka lat temu, kiedy mieszkałam jeszcze we Wrocławiu, natknęłam się na nie w jednych z delikatesów. I nie, nie miały one nic wspólnego z tymi dyskontowymi, bo te najczęściej mają niewiele wspólnego z oryginalną recepturą. Były pyszne, ale ich cena była zawrotna. Pamiętam jak bez większego namysłu wrzuciłam cztery sztuki do papierowej torebki i w podskokach podałam pani ekspedientce do zważenia. Już mając w dłoni jedną sztukę czułam, że to musi być coś wyjątkowego – były niezwykle ciężkie. Kiedy spowrotem otrzymałam torebkę, kolana się pode mną ugięły. Na naklejce z ceną widniało coś ponad 50 złotych. O matulu – pomyślałam. Musiałabym mocno upaść na głowę, żeby wydać taką kwotę na rogala. Skończyło się na jednym. Był wyśmienity!
 |
| fot. z książki „Kuchnia polska potrawy regionalne” |
Po powrocie do domu i szybkiej konsumpcji zadzwoniłam do mamy zapytać czy wie o co chodzi z tymi rogalami. Powiedziała mi, że zna je z dawnych lat, ale tradycja ich pieczenia w jej domu jakoś zanikła. Sama nie miała okazji ich piec. Może dlatego, że są dość czasochłonne w wykonaniu. Po naszej rozmowie minęło kolejne parę lat, aż mama upiekła je samodzielnie i od tej pory nie śmiem nawet spoglądać na sklepowe półki. Biją je na głowę. Przedstawiam Wam zatem przepis, byście również mogli spróbować je upiec w domowym zaciszu.
Składniki na masę:
– 500 g białego maku (mama nie otrzymała swojego zamówienia na czas – 11. listopada – więc zaryzykowała i zrobiła z czarnego, opłacało się)
– 300 g okruchów biszkoptowych (jak nie ma czasu piec, dodaje gotowe)
– 500 g cukru (można część zastąpić miodem)
– 85 g masła
– 85 g rodzynek
– 85 g orzechów (mama używa migdałów lub orzechów włoskich)
– 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej (najlepiej własnej roboty)
– 5 jajek ok. 250 g
– kilka kropli aromatu migdałowego
W związku z tym, że jest to dość czasochłonny przepis, mama zawsze wykonuje masę wcześniej. Raz nawet zrobiła podwójną ilość i część zawekowała w słoiku. I tak mogliśmy się cieszyć smakiem rogali w okresie „nieświętomarcińskim”, bo czas ich wykonania o stokroć się skrócił.
Wykonanie masy:
Mak gotujemy zgodnie z przepisem na opakowaniu. Mama go parzy i zalewa wrzącą wodą. Mielimy mak trzykrotnie używając maszynki do mięsa – sito o najmniejszych oczkach. Jeśli używacie migdałów sparzcie je i obierzcie ze skórki. Mama często chcąc oszczędzić czas wybiera płatki migdałowe i tylko lekko je kruszy przed dodaniem do maku. Całe migdały należy jeszcze zemleć. Dobrze sprawdzają się tu też orzechy włoskie, które mama po prostu tłucze tłuczkiem do mięsa.
Do rondelka dodajemy masło (miód, jeśli używamy), cukier, posiekane rodzynki, orzechy i skórkę pomarańczową. Podgrzewamy wszystko na małym ogniu, tak by bakalie dobrze nasączyły się rozpuszczonym w maśle cukrem. Dodajemy zmielony mak i smażymy przez około 5 – 10 minut. Uważamy by nie przypalić masy często ją mieszając. Po wystudzeniu dodajemy do niej pokruszone biszkopty i ucieramy całość dodając po jednym jajku. Jeśli chcecie wekować masę, pomińcie ten punkt i dodajcie jajka dopiero dzień przed pieczeniem rogali. Ważne jest, by kolejne jajko dodawać dopiero wtedy, gdy poprzednie jest już dobrze utarte. Jeżeli masa robi się zbyt rzadka, nie dodajemy więcej jajek.
Składniki na ciasto:
– 500 g mąki
– 40 g drożdży
– 1 i 1/2 szklanki mleka
– 125 g masła
– 3 łyżki cukru
– jajko
– szczypta soli
– płatki migdałowe/orzechy/kandyzowana skórka pomarańczowa do wykończenia
Droższe dokładnie mieszamy z 3 – 4 łyżkami ciepłego mleka i zostawiamy na kilkanaście minut w ciepłym miejscu. Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy sól, cukier, wlewamy mleko, wbijamy jajko, wyrabiamy ciasto. W rondelku topimy połowę masła i razem z zaczynem wlewamy do ciasta. Bardzo dokładnie wyrabiamy. Gdy ciasto jest gładkie i lśniące przykrywamy je ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Resztę masła topimy i ostudzamy.
Wyrośnięte ciasto rozwałkujemy na grubość 1,5 cm, tniemy na kwadraty. Smarujemy je stopionym masłem, na środku każdego umieszczamy nadzienie. Zwijamy od jednego rogu do przeciwległego, formując zgrane rogaliki (wg. oryginalnej receptury powinny mieścić się w prostokącie o wymiarach 14 x 10 x 7 cm).
Układamy je na blasze i pozostawiamy do wyrośnięcia. Wyrośnięte smarujemy rozkłóconym żółtkiem, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni C i pieczemy około 20 minut – do zrumienienia. Jeszcze gorące rogaliki smarujemy lukrem i posypujemy tłuczonymi orzechami/skórką pomarańczową/płatkami migdałowymi.
Lukier:
– 300 g cukru pudru
– sok z 1 cytryny
– wrzątek
Cukier rozcieramy na miałko w makutrze/moździerzu, dodajemy sok cytryny i powoli wlewamy wrzątek aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Szybko smarujemy rogale, bo lukier zastyga w mig.
Tak jak wspominałam, przepis jest bardzo czasochłonny, dlatego warto podzielić pracę na dwa dni.
Różni się nieco od oryginalnej receptury, ale ta dopiero jest wymagająca. Rogale smakują wyśmienicie, są ciężkie, o bogatym nadzieniu, a ich smak na długo jeszcze pozostaje w pamięci. Ciężko jest doczekać kolejnego Marcina 🙂 Ja przebieram już nogami na samą myśl o tym, że niebawem będę je podjadać do popołudniowej kawki.
Podrzucie dzieci do dziadków, ciotek klotek, przedszola albo zabawcie sie razem w domową cukiernię.
Obiecuję, że nie pożałujecie.
K.