Jesień mnie dobija. Nie lubię krótkich dni, szarości, braku słońca, deszczu i błota. Ten nieciekawy widok wpędza mnie różne nostalgiczne stany. Z końcem września już cała się trzęsę na myśl o chorobach dzieci. Nie jestem pesymistką, więc dostrzegam także pewne pozytywy. Dzieci uwielbiają zabawy kasztanami, żołędziami, kolorowymi liśćmi. Robimy korale z jarzębiny i wykorzystujemy ten czas na poznawanie natury, która akurat jesienią jest najpiękniejsza.
Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja praktycznie każdego dnia muszę się jakoś pocieszać, żeby nie zwariować z braku promyków słońca. Dziś zaprezentuje Wam moje najlepsze pocieszenie z Bożonarodzeniową tradycją.
Uwielbiam czas świąt, zapach choinki w domu i oczywiście prezenty. Kocham je dawać, a najbardziej dostawać 🙂 Od lat moja bratowa, współtwórczyni tego bloga, Katarzyna do każdego prezentu dorzucała najpyszniejsze ciastka jakie kiedykolwiek w życiu jadłam. Obłędne… kwintesencja czekoladowości 😀
Z „łaski swojej” podzieliła się ze mną tajną recepturą, za co jej serdecznie dziękuję!!! To jest mój ratunek na jesienne wieczory. Oszalałam na ich punkcie. Na nic nie czekałam cały rok tak ochoczo jak na gratis do prezentu na pierwszą gwiazdkę.
Dziś zdradzę Wam ten cudowny przepis, który jest wymuskany do granic możliwości. Daję 100% gwarancji, że na pewno Wam wyjdą.
Składniki na ponad 20 bardzo dużych ciastek:
– 125 g miękkiego masła
– 160 g brązowego cukru (jeśli chcecie dać biały, wtedy mniej)
– 1 jajko
– 185 g mąki
– 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
– 1 łyżeczka sody oczyszczonej
– 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
– 35 g kakao
– 85 g posiekanych rodzynek
– 95 g posiekanej mlecznej czekolady (dobrze sprawdzają się mleczne pastylki)
– 75 g posiekanej białej czekolady
– 75 g posiekanej gorzkiej czekolady
Zaczynam od zmiksowania masła, cukru, jaja i ekstraktu. Do miski dodaję suche składniki, na koniec dodaję posiekane rodzynki i czekoladę. Mieszam. W tym czasie rozgrzewam piekarnik do 170 stopni C.
Podczas łączenia mokrych składników z suchymi będziecie mieć wrażenie, że jest coś nie tak. Masa będzie wydawać się zbyt sucha, ale poczekajcie do końca wyrabiania.
Dodaję czekoladę i wyrabiam masę dłonią. Składniki do przygotowania tych pyszności dostaniecie w każdym sklepie. Ja akurat mam Lidla pod nosem.
Formuję 9 kulek (tyle mieści się na jednej blaszce) o wielkości orzecha włoskiego. Układam je, zachowując odpowiednie odległości (około 5 cm pomiędzy ciastkami i blaszką), ponieważ podczas pieczenia zwiększają swoją objętość prawie dwukrotnie. Rozklepuję kulki dłonią.
Piekę w 170 stopniach C przez 10 minut.
Największa tajemnica tkwi w osuszaniu ciastek po upieczeniu. Piekę je na pełnej blaszce, po czym ściągam je razem z papierem na kratkę (od piekarnika). Nie przejmujcie się, że przy przekładaniu ciastek z blaszki na kratkę będziecie odnosić wrażenie, że ciastka wyglądają jakby miały się rozlecieć i zaczynają pękać. To normalne, taka ich uroda.
Najlepiej smakują po kilku dniach leżakowania, ale kto by tyle czasu wytrzymał 😉
Kochani znajomi błagający mnie o upieczenie tych właśnie ciastek przed każdą wizytą u nas – teraz to Wy możecie je do nas przywozić 😋, a mi pozostanie tylko parzenie kawy.
Smacznego! Koniecznie dajcie znać jak Wam się udały świąteczne wypieki. Uważajcie, nie rozpłyńcie się z rozkoszy 💙
I.