Dzisiejszy post jest kontynuacją
tego wpisu, który jako tako wprowadził Was w moją historię o tym, jak znalazłam się na sali operacyjnej z decyzją o cesarskim cięciu. Ta część będzie mało przyjemna, bo opowiem Wam w niej o moich powikłaniach po zabiegu.
 |
| Źródło: pixabay.pl |
Jak już zdążyliście się dowiedzieć, nie planowałam cc. W ogóle nie brałam pod uwagę takiego scenariusza porodowego. Nie byłam tez świadoma jakie konsekwencje może nieść ze sobą tego typu operacja. W trakcie porodu wszystko działo się bardzo szybko, musiałam zdecydować czy poddam się operacji w momencie kiedy mojemu dziecku i mnie zaczęło zagrażać niebezpieczeństwo. Decyzja padła dość szybko, a jej konsekwencje odczuwam jeszcze do dziś.
Są niczym w porównaniu do tego, jakie szczęście spotkało mnie w momencie pojawienia się mojego syna na świecie. Moje wyobrażenie o tym cudownym dniu, a w zasadzie o tym jak będę zajmować się moim dzieckiem po porodzie szybko zweryfikowało życie.
Pierwsze nieprzyjemności spotkały mnie jeszcze podczas samego zabiegu. Panicznie boję się igieł, a fakt, że jedna z nich miała za chwilę znaleźć się między kręgami mojego kręgosłupa paraliżował mnie do tego stopnia, że pani anestezjolog, dopiero po trzeciej próbie udało się mnie skutecznie znieczulić. Byłam tak spięta, że wyczucie szczeliny miedzy kręgami było znacznie utrudnione. Okropnie bałam się, że nie do końca kontroluję co się wokół mnie dzieje, że teraz życie moje i mojego dziecka zależy od ludzi, którzy zgromadzeni są na niewielkiej sali operacyjnej. Płakałam i śmiałam się na zmianę, emocje były nie do opisania, szczególnie kiedy mój mały M. pojawił się po drugiej stronie brzucha. Najgorsze było to, że zaraz po tym jak go ujrzałam, zabrano go ode mnie i nie mogłam cieszyć się bliskością „ciało do ciała”. Z synkiem na szczęście wszystko było w porządku. Części wydarzeń nie jestem w stanie teraz odtworzyć. Z najmniej przyjemnych rzeczy pamiętam stan, w którym znalazłam się zaraz po tym jak mój synek pojawił się na świecie. Zrobiło mi się okropnie zimno, a moje ciało drgało wbrew mojej woli. Czułam się jak ryba palnięta w głowę tępym przedmiotem. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Pytałam o to lekarzy na sali, jednak oni znacznie nabrali tempa i w skupieniu wykonywali czynności, których nie rozumiałam. Cudowna położna, trzymała mnie za rękę i ocierała łzy. Widziałam w jej oczach szczere zmartwienie. Sama też poczułam niepokój. Po jakimś czasie sytuacja się uspokoiła. Anestezjolog powiedziała mi tylko, że ten stan, to tachykardia… nic mi to nie mówiło, ale mi przeszło więc chciałam jak najszybciej opuścić salę i zobaczyć mojego syna. Kiedy zszywano mi ranę, chirurg zażartował, że mam już płaski brzuch i ja na prawdę myślałam, że tak jest 😉 Dopiero na drugi dzień zorientowałam się, że to był żart, a ja wyglądam jak bym była w 6. miesiącu ciąży. Przepraszam… znacznie gorzej, bo… byłam tak spuchnięta, że nie da się tego opisać. Mój organizm nagromadził w kilka chwil tyle wody, że nie mogłam zmieścić stopu w rozmiarze 38 w japonki o trzy rozmiary większe! Pasek od klapek nie był w stanie przecisnąć się między palcami. Skóra napięta do granic możliwości bolała tak, że nie wiedziałam co jest gorsze. Świeża rana na brzuchu, czy nogi obolałe tak, że powłóczyłam nimi zamiast chodzić. Na tzw. sali wybudzeniowej miałam być 8h. Przez pierwsze 3 nie wolno mi było nic pić, a pragnienie było przeokropne. Nie mogłam też się poruszać (od pasa w dół i tak nic nie czułam) i nie wolno mi było podnosić głowy. Powiedziano mi, że Mikołaj znajduje się na sali dla noworodków i że jest ogrzewany pod specjalną lampą. W tej chwili nie pamiętam po jakim czasie mi go przyniesiono, ale ta chwila dłużyła mi się w nieskończoność. Mój mąż po tym jak znalazłam się na tej sali musiał jechać do domu i zostałam sama. Z wrażenia zostawił mi tylko niewielką butelkę wody, którą opróżniłam w kilka sekund po upływie magicznych 3h. Nie spałam, choć mi zalecano. Nie mogłam spać. Adrenalina trzymała na tyle mocno, że nie spałam przez prawi 2 dni…
Nie wiem w której chwili w końcu przyniesiono mi synka i podjęto próbę przystawienia go do piersi. Możecie sobie wyobrazić jak trudne to było, kiedy nie mogłam podnosić głowy, poruszać się i leżałam plackiem. Trwało to dosłownie kilka sekund i zabrano mi go. Pewnie chodziło o to, żeby nie robić rabanu na sali, gdzie znajdowało się lekko 8 kobiet, a za szklaną ścianą było kilka malców. Powiedziano mi, że podadzą mu butelkę z mm, co było mi nie w smak, ale nie chciałam, żeby mały był głodny. Z sali przeniesiono mnie szybciej niż po 8h… Nie byłam jeszcze w pełni sił, ale próbowałam chodzić. Nogi były ciężkie jak kamole. Pamiętam ogromny ból rany, ale ból nóg był nie do opisania. Sala zapełniała się w kosmicznym tempie i ordynator zadecydował żeby przenieść mnie i jeszcze jedną panią na tymczasową salkę na patologii ciąży. Obiecywano opiekę, bo miałam jeszcze prawo do pozostania na wybudzeniówce… Maluchy miały zostać 2 piętra wyżej. Najgorszy scenariusz dla mam po cc… Na szczęście dzieci były zdrowe, więc po kilku godzinach miałyśmy je przy sobie. Nie spałam. Czekałam, aż będziemy w komplecie. Na sali, na której się znalazłam zapomniano o nas. Nie mogłam wstać z łóżka. Nie miałam jak skorzystać z prysznica, o toalecie nie wspomnę. Mikołaj był już ze mną, a ja nie byłam w stanie podnieść się ani wziąć go na ręce. Płakał, był głodny i zdezorientowany, a ja nie mogłam podać mu piersi ani przytulić. Coś okropnego. Dzwoniłam po pomoc na dyżurkę. Była 19, obiecano mi, że zaraz zjawi się pediatra. Przyszła o 3 nad ranem… Gdyby nie dziewczyny z sali nie dała bym rady przystawić go do piersi. O 3 przyszła ta pinda, której nigdy nie zapomnę. Weszła i powiedziała Co, dziecko to się chciało rodzić, a opiekować się to nie ma komu?!
Myślałam, że ją uduszę. Wygarnęłam jej, co o niej myślę i że nie ma prawa w ten sposób do mnie mówić. Nie chciałam oddawać jej dziecka, ale powiedziała, że jak nie jestem w stanie się nim zajmować, to weźmie je i nakarmi na górze. Miała mi go przynieść o 6 rano. Z ciężkim sercem się zgodziłam, bo mały tak strasznie płakał, a ja nie miałam siły wziąć go na ręce. Kiedy wrócił rano, był tak spuchnięty, że nie było mu widać oczu. Miał oczka jak żabka, straszny widok. Powiedziała mi, że studentki przemywały mu oczy solą fizjologiczną i to pewnie od tego. Do dziś mnie to zastanawia, bo miałam w zaleceniach przemywanie mu oczu tą samą solą po wypisie ze szpitala i nic się nie działo. Zastanawiam się czy to nie była reakcja na szczepienie. Przez te kilka godzin nabrałam nieco sił, ogarnęłam się i wzięłam w garść. Wykonywałam też ćwiczenia, które okazano mi na wybudzeniówce, to nieco niwelowało bół po obrzęku. Do momentu powrotu do domu nie miałam świadomości jak wyglądam, bo w toalecie było tylko niewielkie lustro na wysokości twarzy. A wyglądałam FATALNIE!
Na wypisie dowiedziałam się, że podczas cięcia, a w zasadzie po doznałam krwotoku i straciłam 1,5h krwi (dorosły człowiek ma około 5 – 6l). Normalnie w takiej sytuacji przetaczają krew, ale okazało się, że mam tak dobre wyniki morfologii, że nie było to w moim przypadku konieczne. Prawdopodobnie dlatego tez tak mocno spuchłam. Organizm musiał nadrobić rezerwy i nabrał wody. Niesamowite jak szybko to się dzieje (pisałam Wam o widoku „nieswoich” nóg po zdjęciu ze stołu operacyjnego). Także tak… z większych atrakcji…
A z mniejszych… Blizna, która jest zasługą jakiejś studentki, która zszywała ostatnią powłokę podczas operacji. Moja ciocia, która jest lekarzem określiła to widząc mój brzuch następująco Ta blizna wygląda jakby cię cięto siekierką i zszywano po pijaku. Lewy brzeg zdecydowanie za mocno naciągnięto, przez co nad blizną robi się fałd skóry, możesz próbować to delikatnie rozmasowywać, no nie wygląda to dobrze… Ból miejsca po wkłuciu znieczulenia towarzyszył mi przez dobre 3 miesiące. Ból kręgosłupa tak długo, że nawet nie pamiętam kiedy znikł, bo zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Drętwienie pośladków. Szczególnie w pierwszych tygodniach po porodzie. Ból w miejscu rany, momentami ciągnący i palący. Rana do dziś potrafi ciągnąć ( kto był cięty ten wie, co mam na myśli, do dzisiaj nie śpię na brzuchu, choć zawsze spałam w tej pozycji. Niemoc zajęcia się samą sobą, a co dopiero maluchem, który u mnie na dzień dobry ważył 4500g… Skorzystanie z toalety było dla mnie jak zdobycie Mont Everestu zimą 😉
AAA… zapomniałam. Nie mogłam się na początku schylać, a wszystkie moje rzeczy postawiono mi w sali szpitalnej pod łóżkiem. Brawoooo!!! Co by tu jeszcze… O! Spanie w pozycji pół siedzącej, na płasko nie byłam w stanie. Kaszlnięcie czy śmiech z bólem rany w gratisie. Na pewno jeszcze coś bym dopisała, ale mam w sobie jakiś taki mechanizm, że moja głowa wypiera z pamięci nieprzyjemne doznania.
 |
| Źródło: pixabay.pl |
Reasumując. Poród przez cc, to nie zabawa. To nie pobyt w SPA i poproszenie o to, by ktoś urodził za mnie. Ja nawet o nie nie prosiłam. Los zdecydował za mnie. Nie mówcie mi nigdy, że to pójście na łatwiznę, bo uwierzcie, nie chciałybyście przez to wszystko przechodzić. Powrót do sprawności po około 3 miesiącach. Do aktywności fizycznej po około 6 z tym, że u mnie dodatkowo nastąpiło rozejście się mięśni płaskich brzucha, ale to inna historia. Brzuch malał w ślimaczym tempie. W ogóle mam wrażenie, że mamy po porodach naturalnych znacznie szybciej wracają do formy i figury sprzed ciąży, choć nie ma reguły.
Nie chciałabym też, żeby moja historia, budziła w was przerażenie przed cc. Zdaję sobie sprawę, że będzie, ale dla otuchy powiem Wam, że dziewczyna z sali gdzie leżałam, latała jak kozica po Tatrach, a była operowana kilka godzin po mnie. Miała brzuch jakby nigdy nie była w ciąży, robiła WSZYSTKO wokół siebie i nie było po niej widać żadnego bólu. Żona mojego kuzyna jest po 3 cięciach i śmiała się, że jak poród, to tylko cc. Nie miała żadnych powikłań, a z ostatnim maluszkiem po 3 tygodniach od narodzin śmigała w chuście na targach ze zdrową żywnością i to nie jako kupujący lecz jako sprzedawca, także nie ma reguły. W moim otoczeniu jest sporo dziewczyn po cc i tylko ja mam tak złe doświadczenia. Na myśl o kolejnym drżałabym ze strachu, ale żyła bym świadomością ile radości czeka mnie po usłyszeniu najpiękniejszego dźwięku świata – płaczu nowo narodzonego dziecka.
Bądźcie dobrej myśli.
K.
Po jakim czasie udało Ci się uporać z rozejściem mięśni brzucha? Ja miałam poród naturalny, ale również borykam się z tym problemem. Jestem 9,5 mca po porodzie, od 3 mcy korzystam z zabiegów fizjoterapii, ale jak na razie efektu wow nie ma.
Kochana jeszcze nic z tym nie zrobiłam, a od porodu minęło 21 miesięcy… ;( Planuje wzmacnianie mięśni skośnych, ale muszę skonsultować temat z jakimś specem. Podejrzewam, że może być za późno na jakieś cud efekty, ale zdążyłam się już przyzwyczaić do tego stanu rzeczy. Boję się tylko jak mięśnie zniosłyby ewentualną drugą ciążę. K.
A na czym polegają te zabiegi fizjoterapeutyczne?
Rozejście mięśni to niestety nie jedyny mój problem, więc na razie zabiegi są dodatkowo. Polegają one na ucisku odpowiednich miejsc na nogach w okolicy kostek, po wewnętrznej i zewnętrznej stronie ud nad kolanami. Jest to bardzo bolesne, szczególnie pierwsze zabiegi. Trwa to średnio 1,5h co 2 tyg. Po zabiegu często czuje się jakbym przebiegła wiele km. Podobno najlepsze i najszybsze efekty są w okresie połogu, ale jakoś byłam tak zaabsorbowana macierzyństwem, że o sobie w tym czasie wogóle nie myślałam.
Ja do dzisiaj jestem tak zaabsorbowana maluchem, że o sobie myślę na szarym końcu :/. Mobilizuję się psychicznie by niebawem wziąć się za siebie… Odwiedzić specjalistów itd. Dziękuję za odpowiedź i życzę aby fizjoterapia przyniosła porządany efekt.
K.