Każdego ranka, gdy tylko otwieram oczy, bo siedzi na mnie już Liwia, wiem to, wiem jak minie mój dzień. Ona ma to wymalowane na twarzy.
Lekko przymrużone oczy, zwichrowane włosy, garbata postawa – mogę rzucić się z okna.
Olbrzymi uśmiech i skok pod pierzynkę – szybko wstaje z łóżka, to będzie dobry dzień.
Wróćmy do zwichrowanych włosów… tego dnia nie uda mi się nic zrobić, obiad będzie cudem.
Młoda jest na NIE. Nie je, nie ubiera się, wszystko zabiera Tymkowi, bije go, podcina mu nogi, na koniec fula z pięści w twarz.
O nie tego już za wiele. MÓJ WRZZZAAAAASSSSSSSSSSKKKKKKKKKKKKKKK!!!
Po takim wybuchu nie mogę sobie tego wybaczyć. Przepraszam ją, całuje, kiedy zaśnie leżę obok niej jak najdłużej i się kajam. Później pół nocy to przeżywam, rozmyślając jakby tu zrobić tak, żeby się nie drzeć na to małe, biedne dziecko. Pocieszam się tym, że skoro o tym myślę, wiem że źle zrobiłam i trzeba coś zmieć.
Bycie rodzicem to wielka odpowiedzialność, ciężka praca, bardzo wymagająca. Nie chcę już nigdy widzieć podkówki na twarzy mojego dziecka z mojej winy. Postanowiłam to zmienić i pracować nad sobą. Chcę nauczyć Liwię panowania nad swoimi emocjami, ale sama muszę być tego dobrym przykładem. Moje krzyki zdają się na nic, tylko pogarszają sytuację, a dodatkowo pokazuję swoją słabość i nieodpowiedni sposób na wyjście z afektu. Dzieci nie są złośliwe, są zmęczone, głodne lub najzwyczajniej potrzebują uwagi.
Metodą prób i błędów zrozumiałam, że:
1. Uspokajanie zaczynam od siebie.
Kiedy po czterdziestej bitwie z Tymkiem o ulubioną zabawę wybucha wojna, obydwoje drą się wniebogłosy, właśnie ktoś dzwoni do drzwi, a ja czuję jak powoli ściska mi żołądek, robi mi się gorąco, aż się trzęsę i jedynym wyjściem jest zrobić z nimi porządek… Siadam, biorę łyka wody i 10 głębokich wdechów. Teraz mogę przystąpić do działania. Tymek leży na podłodze, bo ta mała złośnica go przewróciła, ona leży obok niego, bo tak wyszarpywała mu zabawkę, aż padła i słychać jeden wielki ryk, nasilający się z każdym kopnięciem Liwii w wygranego w bitwie o drewnianą łyżkę. Biorę ich na kolana, pocieszam, całuję poobijane miejsca i tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę. Używam krótkich zdań i łatwych słów, Chcę mieć pewność, że rozumieją co do nich mówię. Koniecznie nawiązuję kontakt wzrokowy i wielokrotnie się upewniam zadając pytania: Słyszysz? Zrozumiałaś? Nie ma odpowiedzi, nie ma tematu – kamień w wodę. Każdego dnia wierzę w siebie, że dam radę zapanować nad sobą i poradzę sobie ze swoimi nerwami.

2. Moje dziecko jest dzieckiem.
Teraz pozwalam mu na to. Dzieci są głośne, biegają, krzyczą (być może właśnie świetnie się bawią lub coś odkryły), nie ważne, że właśnie rozmawiam przez telefon, już nie uciszam dziecka, proszę rozmówcę o wyrozumiałość. Pozwalam dziecku być dzieckiem 🙂 Nie wymagam, żeby zachowywało się jak dorosły, nie wymagam, żeby wszystko rozumiało. Nie nadużywam słowa NIE.
3. Mam dla nich czas.
Oczywiście daje im również wolną rękę, pozwalam się nudzić. Zawsze znajdą sobie jakieś ciekawe, kreatywne zajęcie. Tymoteusz jest wielkim fanem odkurzacza. Uwielbia go lizać i stawia razem z nim pierwsze kroki. Taki żółty przyjaciel.
Liwia to majsterkowicz. Narzędzia Taty są obłędne, ex aequo z moimi kosmetykami i szuflami w kuchni. Jak zaczynają się plątać jak smród po gaciach wkraczam ja z wygłupami, książkami i innymi zabawami np.: w jazdę konno 😉 Tak razem poznajemy świat.
4. Rozumiem ich.
Nauczyłam się czytać z moich dzieci. Nie zawsze mi to wychodziło i teraz czasami walę gafę, ale 9/10 umiem spojrzeć na ich świat oczami dziecka. Kiedy Liwia przeżywa horror związany z nieudaną próbą założenia korony fluttershy łączę się z nią w bólu, to samo przeżywa Tymoteusz na widok oddalającego się odkurzacza. Są ciekawi, na swój sposób poznają świat, niestety ich metody poznawcze są jeszcze dość mocno prymitywne, ale liczę że to się zmieni 🙂
5. Jesteśmy konsekwentni.
Mocno trzymamy się ustalonych zasad. Szybko reagujemy kiedy zostają łamane. Liwia dostaje szału co i na mnie ma wpływ – wracam się do punktu 1. Szklanka wody, 10 wdechów… do dzieła.
Agresja rodzi agresję. Krzyk rodzi krzyk. Miłość rodzi miłość.
KOCHAMY nasze dzieci najbardziej na świecie. Okazujemy im to non stop. Krzyk nie sprzyja niczemu dobremu. Znalazłam inny sposób na wyładowanie się. Były to niepotrzebne sytuacje obniżające samoocenę mojego dziecka, mogące mieć wpływa na jego dorosłe życie. Nie pozwól by Twoje dziecko przeglądając się w lustrze widziało Twoją krzyczącą twarz.
I.
Witam! Bardzo życiowy i ciekawy wpis. Sama nie mam dzieci, ale Pani doświadczenia tu opisane są bardzo przydatną wskazówką dla przyszłych mam 😉 Pozdrawiam i życzę duuuuuużo cierpliwości i miłości. JP
Dzień dobry 🙂
Dziękuję za miłe słowa i życzenia. Będąc mamą dwójki maluchów z pewnością cierpliwość bardzo mi się przyda. Powiem szczerze, że ten wpis najbardziej napisałam dla samej siebie i kiedy czuję, że nie umiem sobie poradzić ze swoimi emocjami, zawsze do niego zaglądam 😉
Również życzę wszystkiego dobrego 🙂
Irmina